Kawalerka? Nie! Apartament!

Kategoria: Codzienność, Znalezione w sieci, Śmieszne | Data wpisu: 11-03-2010

Dotychczas wydawało mi się, że mieszkanie jednopokojowe to kawalerka, a 25m2 to klitka… dziś jednak dzięki Internetowi zostałem oświecony:

Apartament po polsku

Oto “Apartament jednopokojowy” o powierzchni 25m kwadratowych – najnowszy wynalazek polskich developerów.

HeHe…

Kocham Cię jak Irlandię…

Kategoria: Blog, Codzienność, Podróże | Data wpisu: 03-03-2010

Jeden obraz wystarczy za tysiąc słów… kilka obrazów powinno zastąpić cały wpis.

Takisobiaja i wózek - widok pierwsza klasa! ;)

Takisobiaja i wózek - widok pierwsza klasa! ;)

Szpila - Dublin

Szpila - Dublin

Jameson - jak można nie lubić Whsiky !?

Jameson - jak można nie lubić Whsiky !?

Galway - Wyprawa przed duże W :)

Galway - Wyprawa przed duże W :)

:)

:)

Dublin by Night...

Dublin by Night...

Pierwszy z planów na 2010 rok został zrealizowany. Baterie naładowane. Karawana jedzie dalej. Było świetnie!

Sosq, Sosqowa i Sosqlina – dzięki (wiem, wiem powtarzam się ;)

Kolejna rewolucja – Buzz pogromi rywali?

Kategoria: Internet, Znalezione w sieci | Data wpisu: 10-02-2010

Kilka godzin nie ma człowieka przy komputerze i już się okazuje, że świat czeka kolejna e-rewolucja, a nazywać się ona będzie tym razem Google Buzz!

Google Buzz logo

Google Buzz logo

Buzz rozgromi Facebook’a, zniszczy dziwne twory jakimi są różnego rodzaju pingery, blipy, flakery i spinacze, przygarnie i wykorzysta Twitter’a, a na samym końcu zawładnie naszym realem (teoretycznie).

Alleluja!?

Wreszcie ktoś zrobi porządek z web 2.0, komuny nigdy nie popierałem (w 100% ;), ale czasy gdy każdy korzysta z innego mikrobloga czy komunikatora powinny minąć jak najszybciej. Sam byłem wielkim fanem Blip’a, ale już zdecydowanie mi przeszło na rzecz jego protoplasty – Twitter’a. Zostałem wyznawcą Twitter’a! :). Siła tego narzędzia jest niezwykła, a możliwość Tweetowania z ludźmi z całego świata jest niezwykle pociągająca. No i jakoś formuła Tweeter’a bardziej mi odpowiada. Choć trzeba przyznać, że sam serwis bez np. Tweetdeck’a jest siermiężny i “golusieńki” w porównaniu do polskiego odpowiednika (ale za to stabilny, pewniejszy, ciekawszy).

Gdzie więc miejsce na Google Buzz?

Nad tym wszystkim. Z tego co można zobaczyć na filmikach i przeczytać w pierwszych relacjach z użytkowania (Google wprowadza Buzz’a od wczoraj i w ciągu kilku dni ma on być dostępny na wszystkich kontach gMail) Buzz ma być agregatorem treści, RSS’ów, Tweetów, rozmów i emaili w jednym. Dodatkowo spięty z Androidem stanie się prawdziwym mobilnym przełomem. Tak przynajmniej to wszystko wygląda, a szczegóły na: http://buzz.google.com.

I owszem… za chwilę pewnie pojawią się głosy o tym, że Google zawładnie już nami wszystkim doszczętnie, że będzie nas śledzić, podglądać, czytać nasze rozmowy itd. I ja też jeszcze do niedawna miałem takie obawy, ale tak sobie myślę, że jeśli ktoś chce mnie podsłuchiwać i podglądać to może to robić i bez Googla cały czas. Takie mamy czasy, że jest to możliwe i proste tylko… kto chciałbym podglądać kogoś takiego jak ja? :) No bądźmy realistami…

a do korzystania z Buzz’a czy Tweetera nikt Cię przecież nie zmusza ;)

Podsumowując jestem optymistycznie nastawiony do nowego narzędzia Google Buzz, choć zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce.

Nie można przecież wykluczyć, że społecznościowa nowość od Googla podzieli los Lively i upadnie za jakiś czas. Również Google Wave tak głośno reklamowany kilka miesięcy temu – wygląda na skreślony (na razie).

Dlaczego Buzz może się nie udać?

1. Bo ludzie chcą korzystać z poczty, czytać i wysyłać maile, a nie być nagabywanymi przez hordy “znajomych”, spamerów i celebrytów na swoim gMailu.

2. Bo mają Facebooku’a, który w ostatnich dniach zmienia się nie do poznania, a plotki głoszą, że wkrótce zaoferuje swoim użytkownikom również webmaila.Czego będzie trzeba więcej?

3. Bo korzystają z Twitter’a, Blipa, Flakera lub innych i nie chcą tego zmienić.

4. Bo nie ufają Google na tyle, aby oddać całą swoją aktywność internetową w jego “ręce”.

Jedno jest pewne – będzie ciekawie, komuny w internecie (na razie) nie będzie, a idealny agregator treści wciąż pozostaje w sferze marzeń ;).

Update 12:07 - Reakcja Microsoftu:

“Zajęci ludzie nie potrzebują kolejnego portalu społecznościowego, chcą za to wygody agregatora informacji. I my im to daliśmy. Użytkownicy Hotmaila czerpią korzyści ze współpracy, jaką podjął Microsoft z serwisami takimi jak Flickr, Facebook, Twitter i 75 innych partnerów” – tak brzmi reakcja Microsoftu.

Update 14:15

Ciekawy artykuł w Gazeta.pl na temat pierwszych wrażeń z Buzz’a: http://technologie.gazeta.pl/technologie/1,82011,7546181,Google_Buzz___pierwsze_wrazenia_z_zabawy.html

Kilka ciekawych spostrzeżeń:

Wir aktywności w skrzynce pocztowej. Tak, ponieważ obecnie Google Buzz to po prostu kolejna zakładka w GMailu. Po kliknięciu w nią wyświetlana jest lista kontaktów pocztowych posiadających już dostęp do Buzza, a zaraz potem pojawia się pytanie czy i z kim chcę się kontaktować (…)

To, co może mieć sens na Facebooku, gdzie każdy profil przynajmniej w teorii jest prawdziwym człowiekiem (a konta fikcyjne są usuwane), nie będzie działać na GMailu, przepraszam, na Buzzie. Konto pocztowe tym różni się od konta w serwisie typu “social network”, że zakładamy je do różnych celów (…)

Kolejną pułapką dla osób nieuważnie buzzujących będzie automatyczna geolokalizacja. Pisząc notkę o treści “mam fajnego nowego iPhone’a” warto pamiętać, że zostanie ona wyświetlona na wszystkich urządzeniach mobilonych w okolicy. Z naszym dokładnym adresem. My dzisiaj rano poznaliśmy adresy zamieszkania wielu osób, których nigdy nie widzieliśmy na oczy. Nie dość tego, teraz wiemy także gdzie prawdopodobnie pracują, a wieczorem dowiemy się, gdzie lubią spędzać czas wolny (…)

Joanna: Google Buzz to farmakon – może leczyć (lepsza integracja najczęściej używanych przez nas serwisów w Internecie), może zatruwać (geolokalizacja i możliwość odnalezienia wpisów w wyszukiwarce, połączonych z profilem piszącego – tego mi jeszcze brakowało, by poznać szczegóły życia nieznajomych). Jako wielka przeciwniczka serwisów społecznościowych nie jestem zachwycona, że staje się częścią mojego codziennego narzędzia pracy.

Radek: “automagiczna geolokalizacja” robi ogromne wrażenie, mam poczucie uczestnictwa w wielkim lokalnym czacie. Deja vu z czasów sieci osiedlowych, kiedy nagle okazywało się, że możemy pogadać na różne tematy z sąsiadem z bloku obok. Tylko czy ja tego sąsiada potrzebuję na codzień? I czy rzeczywiście chcę, żeby śledził mnie na każdym kroku? Mnie wizja takiego świata trochę przeraża.

Hmmm….

Piątkowy power

Kategoria: Work | Data wpisu: 29-01-2010

OK, przyznaje – umknęło mi to w gąszczu zajęć, pracy, problemów i codzienności. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Mój serwis pojawił się w Megapanel’u!

Megapanel – celem badania jest zebranie informacji na temat polskiej społeczności internetowej, określenie profilu użytkowników internetu, intensywności korzystania z sieci, a także stworzenie rankingu najbardziej popularnych stron WWW i programów.

Megapanel Turystyka - Listopad 2009I ja wiem, że 20 miejsce to nie jest wielki wyczyn. Ja wiem, że to dane za listopad. Ja wiem, że to tylko turystyka. Jednak mimo wszystko to cholernie fajna sprawa, że w zestawieniu najczęściej oglądanych serwisów pojawia się w 100% TWÓJ stwór. Stworzony i wykreowany bez sztabu ludzi i trylionów dolarów wydanych na marketing. Garażowy projekt, który przerodził się najpierw w dochodowy interes, a teraz właściwie inwestycje (tak jakby). To dodaje sił. Takie wyróżnienie jest warte więcej niż złote talary zarobione w całym 2009 roku (choć te też są ważne :). To docenienie pracy, która została włożona w to przedsięwzięcie. To nagroda, może jeszcze nie Oscar, ale coś tak jakby nominacja do Złotego Globa :).

Karawana choć na chwilę przystanęła, teraz już wiadomo, że jedzie dalej… Za niecały miesiąc wyniki za grudzień :)

I mimo, że za oknem piękna zima, czas pomyśleć już o sezonie letnim!

Wspomnień czar czyli studencka impreza

Kategoria: Codzienność | Data wpisu: 20-01-2010

Jak za dawnych dobrych lat. Pełen spontan. Prawdziwie wybuchowa mieszanka najróżniejszych alkoholi i  niezła zabawa kilku osób, które swoje lata studenckie mają  już za sobą, ale tylko jeśli patrzeć na metryczki ;)

Dlaczego nie oglądam TVN24?

Kategoria: Media, Znalezione w sieci | Data wpisu: 15-01-2010

Odpowiedź: bo nie lubię gdy ktoś kreuje rzeczywistość, a ta stacja robi to najlepiej – przykładem jest to co się stało wczoraj czyli wielka awaria prądu w Warszawie by TVN24.

Śmieszne? No śmieszne, tylko jeśli takie wiadomości podaje się jako NEWS to strach pomyśleć jak bardzo media (bo sprawa nie tyczy się jedynie TVN24) naginają rzeczywistość tylko po to, aby było o czym mówić.

Ale ale… Nie jest to pierwsza wpadka TVN’u. Jakiś czas temu dali prawdziwy popis dziennikarstwa publikując “niesamowite zdjęcia z katastrofy samolotu“, które miały być wykonane na kilka sekund przed rozbiciem jednostki. To dopiero był NEWS!

Bo dziś liczy się NEWS, dziś liczy się katastrofa, dziś liczy się zdjęcie, które najlepiej pokazuje ludzką tragedię, bo NEWS to oglądalność, a oglądalność to kasa. Dziennikarstwo to już nie misja. Dziennikarstwo to biznes.

Kochanie – może wyjdziemy do Austrii ?

Kategoria: Rozmówki małżeńskie | Data wpisu: 13-01-2010

W ostatnich dniach dużo rozmawiamy z O. na różnorakie tematy. Jakoś tak się układa, że wieczorem mimo, że mamy swoje zajęcia i obowiązki, znajdujemy chwilę, aby porozmawiać o codziennych sprawach, nurtujących nas problemach i chodzących po głowie pomysłach. Fajna to sprawa, a takie małe “burze mózgów” często prowadzą w ciekawe zakamarki życia.

Wczoraj poruszony został temat mieszkania za granicą. Dokładniej rzecz biorąc w Austrii. Tak, w tej Austrii gdzie witaliśmy Nowy Rok prawie miesiąc temu. Jak to zwykle bywa, podzieliliśmy się na dwa obozy i z okopów ostrzeliwaliśmy drugą stronę nabojami z “za” i “przeciw”. Wszystko jednak w myśl zasad fair play i z poszanowaniem przeciwnika, więc krew się nie lała, a wieczorem poszliśmy nawet razem spać ;).

Generalnie rzecz biorąc temat emigracji wciąż chodzi mi gdzieś tam po głowie. Nie mam zamiaru jednak wyjechać, szukać pracy, budować wszystko od nowa. Nie. Zależy(?) mi na tym, aby zmienić po prostu kraj w którym mieszkam, miejsce gdzie płacę podatki i żyć szczęśliwie, spokojnie i bezpiecznie. Tak naprawdę o nic więcej mi nie chodzi. Chciałbym wyjechać i zajmować się dalej tym czym się zajmuje, może jedynie na większą skalę, może jedynie za jakiś czas za inną walutę (co jest w takim przypadku nieuniknione). Moje szczęście(?) polega na tym, że te myśli to nie są nierealne marzenia. Dzięki temu, że zajmuje się tym czym się zajmuję nie jestem przywiązany do żadnego miejsca na świecie. Mogę równie dobrze pracować siedząc w mieszkaniu w Polsce, u Sosina w Irlandii, w greckiej tawernie czy w austriackiej knajpie. I moim klienci i nie będą widzieli różnicy! Ha! To jest dopiero globalizacja i XXI wiek! Jak zwykle wszystko rozbija się jedynie o pieniądze…

Przy takim rozwiązaniu trzeba (ja bym chciał) osiągnąć pewien pułap zarobków, który pozwoliłby na spokojne przenosiny. Urządzenie na miejscu jakiegoś gniazdka i kontynuowanie/rozpoczęcie działań. Nie wiem jak dokładnie wygląda tam sprawa prowadzenia własnej działalności, ale szczerze wątpię, aby było to bardziej zagmatwane niż w Polsce. Oczywiście, nie da się uniknąć problemów językowych, urzędowych i innych typowych przy tego typu akcjach, no ale coś za coś. Szybkie wyliczenia wskazują, że wynajęcie domu to koszt ok. 500e. Dużego domu z ogrodem. Wiadomo, że trzeba coś jeść, coś pić, za Internet, prąd i benzynę płacić (ta ostatnia jest akurat stosunkowo tania jak na UE, a Internet w tanim pakiecie działa lepiej niż mój w domu – sprawdzone miesiąc temu). Ogólnie jednak są to sumy  dosyć duże, ale tylko przy przeliczeniu na złotówki, bo pamiętajmy że za granicą docelowo jednak zarabia się w Euro – wtedy nie wygląda to już aż tak strasznie.

Oczywiście – jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa (jeśli nie najważniejsza). Rodzina. Jesteśmy związani z nią bardzo i choć nie jest największa to jednak myśl, że w każdej chwili możesz zadzwonić, porozmawiać, poradzić się lub po prostu poprosić o pomoc stanowi wielkie poczucie bezpieczeństwa. Na szczęście żyjemy w XXI wieku, mamy Internet, Skype’y, kamerki, słuchawki – nie ma problemu z kontaktem – no ale obiektywnie trzeba przyznać, że jednak to nie to samo.

Na plus – to tylko 6h jazdy (jak zbudują autostradę w Polsce i dokończą budowę w Czechach to może nawet 5?), a ludzie są tam jacyś milsi, życie biegnie jakoś spokojniej, w wolne dni jest naprawdę wolne, a możliwość zajadania na śniadanie przepysznego, świeżutkiego, austriackiego strucla czy dostęp do fantastycznych miejscowych win, które wieczorami można sączyć przy kominku to bardzo pociągająca wizja.

Podsumowując: temat jest bardzo ciekawy i na pewno wzbudza pewne kontrowersje. Tym bardziej, że nie jest nierealną mrzonką. Są za. Są przeciw. Są plusy i są minusy, a ewentualna decyzja należy przecież do nas.

Tymczasem wracam do pracy, bo “kapitału przeprowadzkowego” jeszcze  nie uzbierałem więc wszelkie dywagacje na ww. temat są tylko upłynnieniem luźnych myśli odbijających się w mojej głowie ;)

Niech to będzie dobry rok!

Kategoria: Blog, Codzienność, Rozmyślenia, Work | Data wpisu: 05-01-2010

No i nadszedł Nowy Rok. Przez jednych wyczekiwany, przez innych przeklęty od samego początku. Jak zwykle o północy 31 grudnia zjawił się u naszych drzwi, czy tego chcemy, czy nie ładnie (hucznie) się przywitał i wygląda na to, że  zostanie z nami przez najbliższe 365 dni. W takich momentach, na przełomie, my ludzie, mamy skłonności do podsumowań, stawiania postanowień, głębszych niż na co dzień przemyśleń – jedni rzucają palenie, inni zaczynają nowe życie, jeszcze inni robią podsumowania zysków i strat z ubiegłego roku, wyciągają wnioski, tworzą plany na przyszłość… Tacy już jesteśmy.

Grudzień 2009

Podsumowanie 2009

Nie lubię podsumowań, ale 2009 rok oceniam dobrze z plusem. Myślę, że im więcej czasu upłynie od jego odejścia tym jego ocena będzie wyższa. Nie był to rok wielkich wojaży, ani niezwykłych wydarzeń, ale z perspektywy czasu rok ten należy ocenić zdecydowanie in plus, a już na pewno powyżej średniej. Nie każdego Sylwestra spędza się w zasypanych śniegiem Tatrach, nie każdy Nowy Rok wita się w zwariowanym towarzystwie, nie co roku zjeżdża się z Bani gdy tak naprawdę ledwo co jeździ się na nartach :). Rok 2009 zaczął się hucznie. Później było wytężone 12 miesięcy pracy, ciężkiej, długiej, mozolnej pracy, przerywanej niezwykle miłymi momentami. Nie co roku wyjeżdża się na weekendy w góry (zimą, wiosną, latem i jesienią), nie co roku kupuje się nowy samochód, w końcu nie co roku ma się nad polskim morzem 14 dni przepięknej słonecznej pogody pod koniec sierpnia (podczas urlopu)! Tak… wiele miłych wspomnień pozostanie po tym starym 2009 roku.

2009 rok to również wytężona praca, męcząca i nerwowa, ale nie może być inaczej gdy łapie się kilka srok za ogon. 20h/dobę, 7 dni w tygodniu potrafi dać popalić do takiego stopnia, że nie wiesz jak się nazywasz. Turystyka i ecommerce choć na pierwszy rzut oka zupełnie odmienne tematy, mają wspólny mianownik – Klientów, którzy potrafią doprowadzić czasem do szewskiej pasji. Kontrahentów, którzy mówią jedno, a robią zupełnie co innego i serwery – które zamiast działać plątają figle w najmniej oczekiwanych momentach. To wszystko zebrane do kupy i skumulowane na głowie jednego człowieka potrafi wyprowadzić z równowagi największego “spokojnisia”, a ja do takiego gatunku się nie zaliczam. Zdecydowanie nie. No ale, ostatecznie te wszystkie wydarzenia pozostaną jedynie wspomnieniami, a na kartce papieru zapisze się podsumowanie, które wygląda całkiem dobrze jak na czasy kryzysu:

Porównanie 2008 i 2009

Plany na 2010

Nowy Rok również zaczął się wystrzałowo. W powietrze posłaliśmy dziesiątki całkiem niezłych “pershingów” i pokazaliśmy Austriakom jak się powinno witać roczek :).

Nasze pershingi w akcji

Nowy Rok to okazja do tworzenia wielkich, dalekosiężnych planów. Osobiście nie należę do osób, które swoje plany i cele rozpisują skrupulatnie na kartce papieru (a szkoda), choć w ostatnim roku poczyniłem pewne postępy w tej dziedzinie i mam zamiar dalej iść tą drogą bo jest to niezwykle pomocne. Plany w głowie są, cele również, mam nadzieję, że do połowy stycznia uda mi się je przelać na papier i usystematyzować, co przyniesie korzyści w kolejnych miesiącach.

Pierwszy odpalacz w sylwestrową noc :)

Postanowienia na nadchodzący rok

Pracować wydajniej (co nie znaczy, że więcej, dłużej – wręcz przeciwnie, krócej, ale lepiej). Pod tym pojęciem, kryje się m.in rezygnacja z ciągłego, bezsensownego przeglądania newsów, przesiadywania na mikroblogach i wspomniane wcześniej planowanie czasu pracy poprzez wyznaczanie checkpointów i tasków :)

Wyklarować swoją ścieżkę zawodową. Czas najwyższy na pewne decyzje, myślę, że w 2010 roku wiele spraw w tej kwestii ma szansę się wyjaśnić.

Odwiedzić zieloną wyspę i naszego “Tramwajowego” Przyjaciela ;). Bo to już czas najwyższy!

Spełnić kilka swoich marzeń i cieszyć się życiem na co dzień i od święta. Bo bez tego nic nie ma sensu.

Oto co mam najlepszego w życiu

A jak będzie? Zobaczymy. Bądźmy dobrej myśli!

Szczęśliwego Nowego 2010 Roku!

I niech to będzie dobry rok!

Amen.

Zajebało świat na biało - Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!


Żałoba narodowa

Kategoria: Polityka, Rozmyślenia | Data wpisu: 19-09-2009

Właśnie media podały, że Prezydent jeszcze dziś ma ogłosić żałobę narodową w związku z katastrofą w kopalni Wujek-Śląsk. Żałoba będzie trwała 2 dni, a rozpocznie się w poniedziałek.

Abstrahując od tego, że wczoraj wydarzyła się wielka tragedia  (jako mieszkaniec Śląska od urodzenia, zdaję sobie z tego doskonale sprawę – co to znaczy kopalnia, praca w kopalni, górnicy itd) uważam, że ogłaszanie po raz kolejny w ciągu ostatnich lat żałoby narodowej uważam za bezsensowne. Od wczoraj trwa tygodniowa żałoba w Rudzie Śląskiej i ok, taka tragedia najbardziej dotknęła właśnie mieszkańców tego miasta, wiele osób straciło bliskich, znajomych, sąsiadów, kolegów… ale na Boga – co ma czuć mieszkaniec Gdańska, Gdyni czy Poznania, który nie ma nic wspólnego z mieszkańcami Rudy Śląskiej? Ma usiąść i płakać?

Wiecie jak w Polsce będzie wyglądać ta nasza żałoba narodowa (ogłaszana już po raz jedenasty w ciągu ostatnich 8 lat)? Przez dwa dni nie będzie co oglądać w TV (choć i tak już nic nie ma więc to akurat żadna różnica), gazety codzienne i przede wszystkim wszystkie portale internetowe będą “łączyły się w bólu” z rodzinami ofiar poprzez zmianę logo z kolorowego na czarno-białe… i tyle! Tak właśnie wygląda żałoba narodowa w Polsce. Poza tym, nic się nie zmieni, nikt się nie zatrzyma, nikt nie będzie się przejmował, ani myślał o ofiarach i rodzinach ofiar, a wszystko to dzięki naszym władzom, które swoimi decyzjami dewaluują znaczenie tak poważnego wydarzenia jakim jest żałoba NARODOWA.

Powtarzam jeszcze raz, jest mi niezwykle przykro i smutno ze względu na wydarzenia z kopalni Wujek. Mój ojciec przez całe swoje życie był związany z górnictwem, mój dziadek, mój pradziadek też i moja mama również. Jestem mieszkańcem Śląska, jestem Ślązokiem, wiem co to znaczy pracować na kopalni i wiem jak wiele znaczą kopalnie dla Śląska. Nie wymagajmy jednak, aby wypadkiem w kopalni, nawet tak tragicznym, emocjonowali się mieszkańcy całej Polski. To straszna tragedia dla mieszkańców Rudy Śląskiej i całego Śląska, ale nie dla narodu. Pamiętajmy, że zawód górnika jest zawodem niebezpiecznym i niezwykle ciężkim. Ryzyko jest wpisane w ten zawód! To właśnie stąd te wszystkie “Szczęść Boże”…  Szkoda, że władze Państwa o górnikach przypominają sobie jedynie w tak smutnych okolicznościach… gdy gra toczy się o miejsca pracy, górnicy przedstawiani są jako bandyci i złodzieje palący opony i niszczący mienie w Stolicy.

I na koniec ciekawostka. Czy wiecie, że od 2001 roku żałobę narodową w Polsce ogłaszano częściej niż w w poprzednich 100 latach? Żyjemy w ciekawych czasach…

Żałoba narodowa w Polsce

Źródło: Wikipedia

Tak się robi biznes w Polsce cz.1

Kategoria: Blog, Codzienność, Work | Data wpisu: 16-09-2009

Mamy XXI wiek. Jesteśmy w Unii Europejskiej. Wszyscy mamy dostęp do komórek, maili – kontakt ze światem 24h/dobę 7 dni w tygodniu (no chyba, że ktoś ma wolne weekendy ;). Mimo to wszystko czasem wydaje mi się, że żyję w jakimś średniowiecznym Państwie albo przeniosłem się do czasów PRL’u, gdzie wszystko co prawda można było załatwić, ale “Panie! To się tak nie da od razu, to trzeba z kerownikiem gadać ….” itd. Dziś pierwsza część opowieści o tym jak wygląda codzienność polskiego, wciąż jeszcze początkującego e-biznesmena.

Sytuacja 1 – “Trzeba znać słowo klucz

Wysyłam zapytanie ofertowe do firmy D (nazwijmy ją tak od pierwszej litery jej pełnej nazwy). Zapytanie wysyłam oczywiście z formularza zamieszczonego na stronie internetowej firmy D. Firma D to wielka, międzynarodowa korporacja, od lat działająca w Polsce, mająca ustabilizowaną markę i renomę na rynku. Po wysłaniu zapytania (formularz jest długi, zawiera liczne pytania, a jego wypełnienie zajmuje dobrych 15 minut) oczekuję na odpowiedź przez dni: 5. Po pięciu dniach, czyli właściwie po tygodniu, dzwoni do mnie miła Pani z firmy D i przeprowadza ze mną wywiad telefoniczny w sprawie mojego zapytania. Rozmowa trwa około 15 minut, odpowiadam na kilkanaście pytań dotyczących specyfikacji oferty… jak się możecie domyślić – są to te same pytania, na które już udzieliłem odpowiedzi poprzez elektroniczny formularz. OK. Zaciskam zęby i po rozmowie czekam tydzień na odpowiedź, która pojawia się w mojej skrzynce emailowej. Alleluja myślę sobie i szybko gryzę się w język bowiem oferta przygotowana dla mnie jest niczym innym jak zwykłą ofertą, do której dostęp ma każdy Internauta potrafiący posługiwać się przeglądarką internetową… Na nic więc moje maile, wypełnianie niezliczonych pól w formularzu i cenne minuty poświęcone na rozmowę. Zdenerwowany wysyłam maila – kulturalnie, ale dobitnie informuję, że robią mnie w balona, a przesłana oferta to jakiś żart. Aha i że żałuję, że w ogóle podjąłem się kontaktu z firmą D, bo nie są wcale lepsi niż firma, z którą obecnie współpracuję i nie jestem wcale zadowolony, co spowodowało chęć zmiany…

Jak się później okazało właśnie zdanie na temat konkurencji i chęci zmiany firmy U na firmę D, było słowem kluczem! Po 20 minutach zadzwoniła do mnie bardzo miła Pani 2, szybko ustaliliśmy czego oczekuję, a godzinę później miałem na mailu ofertę, która mnie w pełni satysfakcjonowała…

Ale. To nie koniec opowieści.

Dzień, w którym otrzymuję ofertę jest moim ostatnim dniem przed urlopem. Wymarzonym i wyczekanym. Pani z firmy D wiedziała o tym od samego początku. Nie był to żaden problem (podobno). W poniedziałek zobligowała się do wysyłki propozycji umowy, a ja (mimo, iż miałem być na urlopie) zobligowałem się do tego, że ją odbiorę i przejrzę, a podpiszę i odeślę po powrocie. Na urlop wyjechałem, ale oczywiście projektu umowy nie otrzymałem. Po 4 czy 5 dniach, mailu i telefonie Pani z firmy D wysłała umowę i… wyjechała sobie na urlop (o czym oczywiście nie poinformowała mnie wcześniej, jakby tego było mało sprawy również nie przekazała komuś innemu). Pech chciał, że jeden punkt, dosyć poważnie mi nie odpowiada i wymaga negocjacji (zmiany). Pani z firmy D do 13′tego była na urlopie . OK. Każdy ma prawo wypocząć. Każdy ma prawo powoli się rozpędzać po urlopie. Czekałem cierpliwie. Minęły 3 dni i cisza. Wysłałem 4 maile i cisza. Umowa niby jest (projekt), ale jej nie ma (bo jest nie podpisana). Współpraca miała się rozpocząć 14 września…

Miało być tak pięknie…

Morał.

Mimo wszystko wciąż liczę, że uda się umowę podpisać i cała sprawa dojdzie do skutku. Sposób załatwiania sprawy jest jednak dla mnie co najmniej dziwny.  Po pierwsze zgłasza się do firmy klient, który wie czego chce, wie ile może wydać, firma ma go na tacy, ma wszystkie dane, a mimo to wysyła ofertę, która tak naprawdę nadaje się tylko do kosza… Przecież ten człowiek nie jest idiotą (a może firma na to właśnie liczy?) i porówna ofertę z ofertami innych (jeśli jest początkujący). Dopiero użycie słowa klucza, który w tym przypadku jest informacją o konkurencji sprawia, że jednak można przedstawić klientowi ofertę, która będzie satysfakcjonująca dla obu stron i przede wszystkim kilkanaście % tańsza!

Niestety, umowa zawiera kruczek (ale to w Polsce raczej standard) i wyjaśnienie tej jednej pierdoły to już nie taka prosta rzecz! Mało tego! Zamiast szybko wyjaśnić sprawę i zacząć zarabiać pieniądze(!) lepiej schować się gdzieś pod jakimś “kamyczkiem” i udawać, że cała sprawa nie istnieje… a może ja faktycznie nie istnieje? I ta umowa też? I moja firma? I firma D? eh…

CDN.