Obiecałem, że coś napiszę, więc w telegraficznym skrócie opiszę nasze perypetie ciążowe z mojego punktu widzenia. Zdania są powyrywane z kontekstu, ale nie otrzymałem niestety zgody na publikacje całościowych wspomnień z pierwszych tygodni ciąży, być może kiedyś w jakieś książce doczytacie sobie resztę… ;)
2 marca 2010
„Dziś skończył się nasz kilkudniowy urlop w Irlandii. Niby tylko tydzień, a atrakcji było co niemiara, tym bardziej, że pogoda nam dopisała – co nawet tambylcy zauważyli (którzy aktualnie też są w ciąży! – przypis. SirK 03.08.2010). Było miło i sympatycznie, potrzebowaliśmy takiej odskoczni od codzienności i problemów z którymi zmagamy się od jakiegoś czasu.”
3 marca 2010
Żona w pełnej konspiracji wykonała test ciążowy, choć jeszcze rano słyszałem, że testy nie są dla niej, że kosztują ją zbyt wiele nerwów. (…) – Czy Ty tutaj widzisz druga kreskę? – błagalne spojrzenie moje żony i ton głosu przygniatał mi serce, a oczy wędrujące powoli na test wypatrywały w małym okienku dwóch kresek. (…) Na teście pojawiła się bladziutka kreska.
5 marca 2010
Po badaniu HCG. – „4 tydzień Kochanie” – trudno było mi ukryć radość. Chyba właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę, że naprawdę jesteśmy w ciąży.
- „Naprawdę? Jejku, ja się chyba tutaj popłaczę” – odpowiedział szczęśliwy głos w słuchawce.
6 marca 2010
- „Ja bym mogła takie testy robić codziennie” – powiedziała szczęśliwa żona wchodząc do łazienki z testem ciążowym, który miała zamiar za chwilę wykonać.
7 marca 2010
Służba zdrowia w tym kraju to prawdziwy Dziki Zachód. Nawet ta prywatna, a może właśnie przede wszystkim! Nasza stara lekarka, ta pierwsza, która zna chyba naszą sytuację najlepiej oczywiście przyjąć nas nie może bo ma dużo pacjentów. Pinda siedząca w recepcji zaproponowała nam termin – 17 marca.
Pff… Poniosłem osobistą porażkę, bo liczyłem, że uda mi się ją przekonać do wciśnięcia nas na dziś.
9 marca 2010
Zżera nas niepewność. Objawów ciąży brak. Miesiączki brak. Krwawień brak. Czasem O. pobolewa podbrzusze, ale to podobno normalne. Ginekolog stwierdził, że prędzej niż za 2 tygodnie nic nie zobaczymy więc nie ma sensu robić USG tak wcześnie.
10 marca 2010
Póki co nikt poza nami nie wie jak mają się nasze sprawy. Nie chcemy zapeszać, jesteśmy pełni obaw więc po co dodatkowo mieszać w głowach najbliższym? Co jak nic z tego nie wyjdzie? Na razie czekamy. Ściska nas w dołkach bo chcielibyśmy wybuchnąć i wyrzucić to z siebie, podzielić się tą wspaniałą nowiną z naszymi bliskimi, ale wiemy doskonale, że jest jeszcze zbyt wcześnie na radość.
13 marca 2010
W sobotni poranek postanowiliśmy wykorzystać ostatni test ciążowy jaki nam został. Nareszcie ujrzeliśmy dwie wspaniałe, pełne kreski – wzorowe kreski.
15 marca 2010
Dziś o 17. Jechaliśmy pełni nadziei, że to właśnie dziś usłyszymy, że się udało. Naiwni… Na miejscu okazało się, że w gabinecie nie ma USG dopochwowego (plus jest taki, że dowiedziałem się, iż USG są różne), a na tradycyjnym nic nie widać.
16 marca 2010
Dupa. Dupa. Dupa. Nic nie wiemy. Tzn. USG zostało wykonane. Pęcherzyk jest, ale ma wielkość (tylko?) GS=1,15cm co oznacza, nie mniej nie więcej tylko 5 tydzień 2 dzień. Czyli tydzień opóźnienia. Ciąża nie rozwija się prawidłowo? Coś się popierdzieliło? Mamy pusty pęcherzyk? Internet pełny różnorakich opowieści, z których nic nie wynika.
17 marca 2010
- „Niedobrze mi” – bełkocze pod nosem moja druga połowa. Mdłości! :)
20 marca 2010
Poranne mdłości nasilają się. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zaczęły się w środę od leciutkich „hepów”, a dziś widziałem w oczach mej Lubej, że nie jest dobrze. Przygotowywanie śniadanie staje się powoli dla niej męką, a co dopiero gdy trzeba je zjeść.
22 marca 2010
Dzień rozpoczęliśmy od silnych mdłości. To jest ten dzień, gdy pierwszy raz od niepamiętnych czasów musiałem zająć się śniadaniem bo moja małżonka nie dała rady ;). Miałem przeczucie i odwiozłem dziś O. do pracy. To już ostateczne odliczanie do kolejnej wizyty u ginekologa, która czeka nas w piątek.
26 marca 2010
7 tydzień. Przewidywany termin porodu to 12 listopada. (…) Dzień 26 marca 2010 roku przejdzie do historii jako jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.
28 marca 2010
Weekend upłynął pod znakiem obwieszczania najbliższym naszego sekretu. Na pierwszy ogień poszli moi rodzice (przyszli dziadkowie ;), później dziadkowie (przyszli pradziadkowie ;), a na deser zostawiliśmy sobie rodziców O. (czyli przyszłych dziadków II ;). O. miała rację mówiąc, że „każdy reaguje inaczej” na tego typu wiadomości. Jedni tłumią w sobie emocje, inni są bardziej ekspresyjni…
C.D.N za jakiś czas ;)